Nie czekamy więc dłużej ani minuty w nadziei, że być może specjalista się złamie mimo licznych nietaktów, które wobec niego popełniliśmy przychodząc z tak banalnym schorzeniem, lecz cichutko, tak aby piszący lub czytający specjalista przypadkiem nie odniósł wrażenia, że ktoś w ogóle wchodził do gabinetu, wycofujemy się z powrotem do poczekalni i decydujemy się chorować u innego specjalisty.

– 2. U lekarza za pośrednictwem spółdzielni bądź bez tego pośrednictwa

Zanim jeszcze przekroczymy próg gabinetu, musimy się zdecydować, jak drogo zamierzamy się rozchorować. Jeśli stać nas na to, aby chorować nieskończenie długo, ilość wizyt i ich częstotliwość pozostawiamy pomysłowości lekarza. Jeśli natomiast nie najlepsze warunki materialne nie pozwalają nam niestety na żywiołowe podejście do sprawy, postępujemy w sposób następujący:

Wychodząc z założenia, że na czym jak na czym, ale na zdrowiu oszczędzać nie wolno, ustalamy górną granicę finansową, na jaką możemy sobie pozwolić, a następnie albo decydujemy się na chorobę niezbyt groźną, którą w związku z tym leczyć będziemy maksimum u docenta – w ciągu dziesięciu wizyt, albo na chorobę dosyć groźną, którą w związku z tym leczyć będziemy u profesora – w ciągu pięciu wizyt. W jednym i drugim wypadku od razu stawiamy sprawę jasno: za pięć (albo za dziesięć) tygodni wyjeżdżamy na rok za granicę, w związku z czym do tego czasu musimy być wyleczeni.

Jeśli lekarz po zbadaniu nas oświadczy, że nie trzeba mu nie tylko tygodnia, ale nawet dnia, aby nas wyleczyć, ponieważ nic nam nie dolega, nie polemizujemy z nim, tylko, traktując wizytę jako niepotrzebne wyrzucenie przez nas pieniędzy, szukamy dalej lekarza, który pozna się na naszej diagnozie, i czynimy to tak długo, aż uda nam się wydać wszystkie przeznaczone na wyleczenie się pieniądze.

Dodaj Komentarz